Z katowskiej wychodzi chaty.
A za nim wloką się katy,
Niby dwa słońca czerwone.
Niby dwa czerwone duchy,
Zgięci jak żebracy na kulach
I biją się po koszulach.
A koszule markietanów
Od czarnej smagalnej pluchy,
Są jak skrzydła u szatanów,
Oczy przenikają zgrozą,