Pochodni blaskiem opływa,

Bladnie, oczy mu gasną, już kona.

Za trupami dostąpić nie można,

W około ciżba nabożna

Rozrywa jego habity,

Całuje wychudłe ręce.

Jaki zgiełk! światła jarzęce

I zarażonych błękity,

Twarze zielonawej cery,

Spisy, płaszcze i giwery,