X

Ranek był. Morze rozpalone świtem

Wre z dala, szumi i srebrzy sią w pianę,

Potem portową groblą odłamane,

Brzegi spokojnym oblewa błękitem;

A brzeg wysoko szarzeje granitem.

Wyżej palm błyszczy zieloność wesoła.

Te palmy, w niebo sięgające szczytem,

Jako nam istność malują anioła;

W mgle mają stopy — a w błękicie czoła.