W których i proch umarłych dawno powymierał.

Sfinks457 czarną Kopta458 twarzą nad piasek wyzierał,

I straszna była dzikość grobowej doliny.

Wtenczas wypadli słońcem wyschli Beduiny,

Brązowi, w białych płaszczach, jak grobowe sępy,

I porwały mię czarnych szatanów zastępy,

I wiedli z krzykiem w groby od wieków milczące,

Paląc pochodnie — blado na słońcu płonące.

Nim doszedłem zaściennej piramid ulicy,

Schyliwszy się, podniosłem kamień soczewicy,