Przemierzywszy, jak czynią podróżni roztropni,

Wielkość każdego — mnogość do przebycia stopni,

Wiedząc, jak się grobowce pod nogami kruszą,

Arabom się oddałem ciałem, Bogu duszą.

Z dwóch Beduinów tylko mój orszak się składał,

Każdy na wyższy kamień wskakiwał, przysiadał

I podawał mi ręce... i tak szedłem długo.

Raz mi kamień był stołem, drugi raz framugą.

Trzy a zaledwie z dołu widziane szczelinki

Były jak trzy komnaty, na trzy odpoczynki.