I nie znalazłszy swojego dzieciątka

Wyszli oboje. Boże! z jaką wrzawą,

Wie matka, której ludzie dziecko skradli;

Wreszcie ujrzeli go pod moją ławą —

Oboje z niebios jak martwi upadli,

Ojciec na lewo, a matka na prawo;

Usiedli przy nim, a skrzydła tak kładli

I tak ciągnęli biedaczki za sobą

Jak magnet ciężką okryty żałobą.

Ale oboje... Śmierć tak była świeża,