Twarz mu oblała i rosła,

Z ust próżne wypadły dźwięki,

Sztandar złoty wypadł z ręki,

Miecz na tasiemce zawisnął;

A krew, co się wprzód podniosła

Tak, że rumieniec wytrysnął,

Wróciła trwożna do łona,

I bladość straszna, zielona,

Bladość, co nigdy na Lachu

Nie występuje — ohydna!