Spokojne lice i włosy miał siwe.

Obudził ojca, wziął go pod ramiona,

Postawił, krzyż mu przycisnął do łona,

Na złote słońce obrócił go twarzą,

Na róże, co się pod oknami żarzą;

Słońce i kwiaty, czy boską mu chwałę,

Czyli dzieciątko te przypomną małe:

Dobrze, bo przerwą posępne rozpacze,

Bo może westchnie, przemówi, zapłacze?

Nie, stoi martwy, twarz mu się nie mieni: