Tak w brylantowym powietrzu jesieni

Stoją bezlistne drzewa w szronu szacie

I zadumane jak po jakiej stracie.

I przyszli ludzie z gotową trumienką;

Ksiądz się obrócił i znak im dał ręką,

I wzięli trupka, po cichu wynieśli.

Ojciec nie słyszał tych ludzi — a jeśli

Słyszał, to udał dziwną licem chłodność,

Ostatnią dumę w nieszczęściu — łagodność.

I postradawszy tę dziecinkę drogą,