Na koniu, na kształt siedzącego trupa,

Gdy z ciał wychodził obłok krwawy, dymny,

Gdy księżyc wschodził straszny, blady, zimny,

Stałem; wtem jeden z niedomarłych, blisko,

Wymówił moje przeklęte nazwisko;

Schylam się z konia — patrzę: krwią się broczy,

I krew mi swoją ten człek rzucił w oczy...

Dobyłem miecza — o! nie bladnij, księże —

Choć syknął na mnie ten gorzej niż węże,

Chociaż mię taką pieczęcią naznaczył,