I szliśmy razem u stóp tej lawiny,

Gdzie śnieg przybiega aż do stóp człowieka

Spłaszczoną płetwą jak delfin olbrzymi;

Para mu z nozdrza srebrzystego dymi,

A Rodan z paszczy błękitnej ucieka.

Pamiętam chwilę... poranek był skwarny.

Tameśmy szmerem spłoszyli dwie sarny;

Te, jakby szczęścia ludzkiego świadome,

Stanęły blisko złote, nieruchome;

I utopiły oczów błyskawice