I ze sklepienia łzy leciały duże;

A we łzach sylfy z jasnością ogromną

Deszczem spadały na białą i skromną.

Słysząc, że ściany płaczą coraz głośniej,

Cała się szatą okryła zazdrośniej

I wszystko oczom ciekawym ukradła,

I jeszcze ręce skrzyżowane kładła

Na alabastry widne, choć zakryte.

Tak nieruchoma stała — a koło niej

Igrały tęcze w blaski rozmaite.