Głęboko patrząc w nasze smutne twarze.

Widziałem, jak się każdy z nich zadziwiał;

Bo nachyliłem się był i posiwiał.

A żona moja od niespań i troski

Była jak bursztyn albo żółte woski;

Na głowie miała z włosów siwych wieniec,

Jakiś okropny ceglany rumieniec,

A oczy pełne takiej błyskawicy,

Jak ci, co wyjdą na słońce z ciemnicy.

Lekarz nam kazał w sustawy11 uderzyć,