Jakieś żałosne szmery i westchnienia;

I służebników tłum się niecierpliwi,

Bo słońce weszło — oni jeszcze żywi.

I dzień na strasznym zszedł oczekiwaniu,

Na skargach ojca, na dziecka płakaniu;

I księżyc weszedł, a ci dwaj straszliwi

W tajemniczości nocnej jeszcze żywi.

Śmierć ich mównymi uczyniła smutnie,

Ich głos w zamknięciu jak dwie zgodne lutnie.

Ci, co słuchali przez grube podwoje,