I wzięli trupka, po cichu wynieśli.

Ojciec nie słyszał tych ludzi — a jeśli

Słyszał, to udał dziwną licem chłodność,

Ostatnią dumę w nieszczęściu — łagodność.

I postradawszy tę dziecinkę drogą,

Już nie zapytał się o nią nikogo.

I tak był długo bez myśli, bez czucia,

Jak trup, nim dzieło zacznie się zepsucia.

Ksiądz złożył ręce na piersiach i czeka

Na smutną spowiedź grzesznego człowieka.