Los miał okropną zbawić mię bezczelność,

Jam był ubrany w straszną nieśmiertelność.

Jaka w tym wola boska, nie odgadnę

I nie chcę myśleć — lecz gdy myślę, bladnę.

Sam na tym polu, gdzie psów wściekłych kupa,

Na koniu, na kształt siedzącego trupa,

Gdy z ciał wychodził obłok krwawy, dymny,

Gdy księżyc wschodził straszny, blady, zimny,

Stałem; wtem jeden z niedomarłych, blisko,

Wymówił moje przeklęte nazwisko;