Gospodarz dawno nie schodzi na sale.

Niegdyś widziano go w gromadnym kole,

Jak trup śród ludzi, jak upiór przy stole.

Zimne po sercach przechodziło mrowie,

Kiedy co mówił, gdy pił jakie zdrowie;

A gdy wziął kielich w rękę trupią, siną,

W kielichu krew się zdawała, nie wino.

Każdy, co z gości do stołu zasiadał,

Nie znał go prawie, nigdy z nim nie gadał;

Gdy wszedł — nie wstawał nikt przed tym człowiekiem,