formującą karawanę, teraz mają sens symbolicznych kresek, nienaostrzonych nawet
strzałkami. Jakby to były jakieś zamierzchłe genealogie, a tamci, niezapomniani
przecież ludzie, dalekimi antenatami, pomieszanymi w zbiorowym grobie
i niebudzącymi żywszych wspomnień ani sentymentów.
I nie jest to problem samotności ani zobojętnienia, raczej braków połączeń prywatnej,
witalnej historii z zewnętrzną telenowelą, bo to słowo najlepiej przybliża scenariusz
rzeczywistości, tej, której udaje się dotknąć, gdy wynurzy się na krótko głowę
z wielkiej wanny, gdy ktoś nas wywoła z sali i sytuacja nakaże nam zachowywać się
odpowiednio.
A prywatna historia ma swój pociągający, pogodny i piękny trakt, który wiedzie przez ulubione krajobrazy, zaznaczone okazami słodkich niespodzianek, gdzie spokojna