— Pan jest kapitanem van Tochem? — zdziwił się Povondra.
— Tak, proszę pana — powiedział człowieczek i pokazał kotwicę wytatuowaną na nadgarstku.
Povondra mrugał w zamyśleniu. Kapitan tak by się skurczył? Przecież to niemożliwe.
— Znam kapitana van Tocha osobiście — powiedział. — Nazywam się Povondra.
— A, to co innego — odparł człowieczek. — Ale te salamandry są naprawdę kapitana van Tocha, proszę pana. Stuprocentowo prawdziwe australijskie jaszczury, proszę pana. Zechce pan zajrzeć do środka. Zaczyna się właśnie wielkie przedstawienie — zachęcał, unosząc płachtę przy wejściu.
— Chodź, Franku — rzekł ojciec Povondra i wszedł do środka. Przy małym stoliku natychmiast usiadła niezwykle gruba i duża paniusia. „Dziwna para” — pomyślał Povondra, płacąc trzy korony. Wewnątrz namiotu nie było niczego poza dość nieprzyjemnym zapachem i blaszaną wanną.
— Gdzie macie te salamandry? — spytał pan Povondra.
— W tej wannie — odrzekła obojętnym głosem gigantyczna dama.
— Nie bój się, Franku — powiedział ojciec Povondra i podszedł do wanny. Leżało tam w wodzie coś czarnego i apatycznego, wielkości starego suma; tylko jego skóra za głową była jakby trochę spuchnięta i spłaszczona.
— To jest ta przedpotopowa salamandra, o której pisano w gazetach — powiedział pouczająco ojciec Povondra, nie okazując synowi swego rozczarowania. („Znowu się dałem nabrać — pomyślał — ale chłopiec nie musi o tym wiedzieć. Szkoda tych trzech koron”).