— Tatusiu, a czemu jest w wodzie? — spytał Franek.
— Ponieważ niektóre płazy żyją w wodzie.
— Tatusiu, a co on je?
— Ryby i takie inne rzeczy — odpowiedział po namyśle ojciec Povondra. („Coś muszą jeść”).
— A czemu jest taka brzydka? — nalegał Franek.
Povondra nie wiedział, co rzec, ale w tej chwili wszedł do namiotu drobny człowieczek.
— Panie i panowie... — zaczął ochrypłym głosem.
— Macie tylko jedną salamandrę? — zapytał Povondra z wyrzutem. („Gdyby były przynajmniej dwie, pieniądze nie byłyby zmarnowane”).
— Ta druga zdechła — powiedział człowieczek. — A to jest ten słynny Andryjasz, panie i panowie, rzadki i jadowity jaszczur z wysp australijskich. W swej ojczyźnie osiąga rozmiary człowieka i chodzi na dwóch nogach. Na! — powiedział i szturchnął kijem to coś czarnego i apatycznego, co leżało bez ruchu w wannie. To czarne coś poruszyło się i z wysiłkiem podniosło się z wody. Franek cofnął się trochę, ale Povondra ścisnął mu rękę na znak, żeby się nie bał, bo jest przy nim.
Teraz to coś stało na tylnych nogach i przednimi łapami opierało się o brzeg wanny. Skrzela za głową konwulsyjnie drgały, a czarny pysk chwytał powietrze. Miało to zdartą do krwi i zbyt luźną skórę, usianą brodawkami, i okrągłe żabie oczy, chwilami zaciągające się błoniastymi dolnymi powiekami.