I przestańcie dostarczać Płazom broń, wstrzymajcie im dostawy metali i materiałów wybuchowych, nie wysyłajcie im już maszyn i towarów przeznaczonych dla ludzi! Nie dostarczajcie tygrysom zębów i jadu wężom. Nie podsycajcie wulkanicznego ognia i nie burzcie tam powstrzymujących powodzie. Uchwalcie zakaz dostaw do wszystkich mórz. Niech Płazy zostaną wyjęte spod prawa, niech będą przeklęte i wykluczone z naszego świata! Niech powstanie Liga Narodów przeciw Płazom! Cała ludzkość niech będzie gotowa bronić swego życia z bronią w rękach. Niech pod protektoratem Ligi Narodów, króla szwedzkiego albo papieża zostanie zwołana światowa konferencja wszystkich cywilizowanych państw, która powoła światową unię albo przynajmniej związek wszystkich narodów chrześcijańskich do walki z Salamandrami! Dzisiaj jest moment przełomowy, gdy pod straszliwym naciskiem zagrożenia ze strony Jaszczurów i ludzkiej odpowiedzialności może udać się to, do czego nie zdołała doprowadzić wojna światowa ze wszystkimi jej ogromnymi ofiarami — do stworzenia Stanów Zjednoczonych Świata. Daj Boże, by tak się stało! Gdyby się to powiodło, Płazy nie pojawiłyby się nadaremnie i byłyby narzędziem Boga”.
Ten patetyczny pamflet wywołał żywą reakcję w szerokich kręgach społecznych. Starsze panie zgadzały się zwłaszcza z tym, że nastał niebywały upadek obyczajów. Natomiast rubryki gospodarcze gazet słusznie wskazywały na to, że nie można ograniczać dostaw dla Płazów, ponieważ spowodowałoby to znaczny spadek produkcji i poważny kryzys w wielu gałęziach przemysłu. Również rolnictwo bardzo liczy dziś na olbrzymi zbyt kukurydzy, ziemniaków i innych płodów przeznaczonych na paszę dla Płazów. Gdyby została obniżona ilość Salamander, nastąpiłby znaczny spadek cen na artykuły spożywcze, przez co rolnicy znaleźliby się na skraju bankructwa. Związki zawodowe robotników podejrzewały pana X o reakcjonizm i oświadczały, że nie dopuszczą do tego, by został zahamowany eksport jakiegokolwiek towaru dla Płazów. Ledwie zlikwidowano bezrobocie wśród ludu pracującego, który wywalczył ponadto premie zadaniowe, a pan X chce mu wyrwać chleb z ręki. Klasa robotnicza współczuje Płazom i protestuje przeciwko wszelkim próbom obniżenia ich poziomu życia i wydania zubożałych i bezbronnych w ręce kapitalistów. Co się tyczy Ligi Narodów przeciw Płazom, wszystkie poważne instytucje polityczne były zgodne co do tego, że nie jest ona potrzebna. Mamy przecież Ligę Narodów, a także Konwencję Londyńską, w której państwa morskie zobowiązały się, że nie będą wyposażać swych Salamander w broń ciężką. Niełatwo jednak żądać takiego rozbrojenia od państwa, które nie ma pewności, że inna morska potęga nie zbroi potajemnie swych Płazów i nie zwiększa w ten sposób swego wojennego potencjału kosztem swoich sąsiadów. Żadne państwo ani kontynent nie może też zmuszać swych Płazów, żeby się przeprowadziły gdzie indziej, po prostu dlatego, że przez to w sposób niepożądany zwiększyłby się z jednej strony zbyt towarów przemysłowych i rolniczych, z drugiej zaś siła obronna innych państw czy kontynentów. I takich zarzutów, z którymi każdy rozumny człowiek musiał się zgodzić, padało wiele.
Pomimo tego pamflet X ostrzega nie przeszedł bez echa i miał swoje poważne następstwa. Prawie we wszystkich krajach szerzył się ludowy ruch antyjaszczurczy i zakładano związki dla zwalczania Płazów, kluby antysalamandrytów, komitety ochrony ludzkości i wiele innych organizacji tego rodzaju. Delegaci Płazów w Genewie zostali znieważeni, gdy wybierali się na tysiąc dwieście trzynaste posiedzenie Komisji do Badania Problemu Płazów. Drewniane ogrodzenia na wybrzeżu morskim zamalowano napisami z pogróżkami takimi jak: „Śmierć Płazom!”, „Precz z Salamandrami!” i tym podobnymi. Wiele Płazów zostało ukamienowanych. Żadna Salamandra nie odważyła się w ciągu dnia wytknąć łba z wody. A mimo to z ich strony nie dochodziło do żadnych przejawów protestu ani do czynów odwetowych. Były po prostu niewidoczne, przynajmniej w ciągu dnia. A ludzie, którzy zaglądali przez ogrodzenia, widzieli tylko bezkresne i huczące obojętnie morze. „Patrzcie — mówili z nienawiścią — te potwory nawet się nie pokażą!”.
I w tej złowieszczej ciszy zadudniło tak zwane trzęsienie ziemi w Luizjanie.
7. Trzęsienie ziemi w Luizjanie
Tego dnia — było to 11 listopada o godzinie pierwszej w nocy — w Nowym Orleanie dało się odczuć silne trzęsienie ziemi. W dzielnicy czarnoskórych zawaliło się kilka baraków. Ludzie w panice wybiegali na ulice, ale wstrząsy już się nie powtórzyły. Z ogromną siłą uderzył tylko krótkotrwały huragan, który wybił szyby w oknach i zerwał dachy tamtejszych nędznych chałup. Kilkadziesiąt osób zostało zabitych. Potem lunął gwałtowny błotnisty deszcz.
Podczas gdy orleańscy strażacy wyjeżdżali na pomoc do najbardziej dotkniętych rejonów, nadchodziły telegramy z Morgan City, Plaquemine, Baton Rouge i Lafayette: „SOS! Wyślijcie ekipy ratunkowe! Trzęsienie ziemi i huragan zniszczyły pół miasta! Zapora na Missisipi grozi przerwaniem! Wyślijcie natychmiast koparki, karetki i wszystkich mężczyzn zdolnych do pracy!”. Z Fort Livingstone doszło tylko lakoniczne pytanie: „Halo, czy u was też taki bajzel?”. Potem dotarła depesza z Lafayette: „Uwaga! Uwaga! Najbardziej dotknięta New Iberia. Zerwana łączność między Iberią i Morgan City. Poślijcie tam pomoc!”. Zaraz potem telefon z Morgan City: „Nie mamy łączności z New Iberia. Prawdopodobnie zniszczona droga i tory kolejowe. Wyślijcie okręty i samoloty do Vermillion Bay! My już niczego nie potrzebujemy. Mamy około trzydziestu zabitych i stu rannych”. Następnie telegram z Baton Rouge: „Dostaliśmy wiadomość, że najgorzej w New Iberia. Zatroszczcie się przede wszystkim o nich. Nam potrzeba tylko ludzi do pracy, ale szybko, bo nam pękną wały. Robimy, co możemy”. Po chwili: „Halo, halo, Shreveport, Natchitoches, Alexandria wysyłają pociągi ratownicze do New Iberia. Halo, halo, Memphis, Winana, Jackson wysyłają pociągi via Orleans. Wszystkie auta wiozą ludzi nad zaporę Baton Rouge”. „Halo, tu Pascagoula. Mamy kilka ofiar. Potrzebujecie pomocy?”.
Tymczasem wyjeżdżały już wozy, karetki i pociągi ratownicze w kierunku Morgan City — Patterson — Franklin. Po godzinie czwartej rano dotarła pierwsza dokładniejsza wiadomość: „Tory kolejowe między miejscowościami Franklin i New Iberia, siedem kilometrów na zachód od Franklin, przerwała woda. Zdaje się, że na skutek trzęsienia ziemi powstała tam głęboka rozpadlina, połączona z Vermillion Bay i zalana przez morze. Na ile da się ustalić, ta rozpadlina powiększa się, biegnąc od Vermillion Bay w kierunku wschodnio-północno-wschodnim, w pobliżu Franklin skręca na północ, łączy się z Grand Lake, po czym ciągnie się dalej na północ, aż do linii Plaquemine–Lafayette, gdzie kończy się w starym jeziorku. Jej odgałęzienie, biegnąc w kierunku zachodnim, łączy Grand Lake z jeziorem pod Napoleonville. Długość całej rozpadliny wynosi około osiemdziesięciu kilometrów, szerokość od dwóch do jedenastu kilometrów. Tutaj było, jak się zdaje, epicentrum trzęsienia ziemi. Można mówić o szczęśliwym przypadku, że ta rozpadlina ominęła wszystkie większe miasta. Niemniej jednak straty w ludziach są chyba znaczne. We Franklin napadało 60 cm błota, w Patterson 45 cm. Ludzie z Atchafalaya Bay opowiadają, że w efekcie wstrząsu morze cofnęło się mniej więcej o trzy kilometry, po czym runęło z powrotem na brzeg falą o wysokości trzydziestu metrów. Istnieją obawy, że na wybrzeżu zginęło dużo ludzi. Nadal nie ma łączności z New Iberia”.
W tym czasie do New Iberia dotarł z zachodu pociąg ratowniczy z Natchitoches. Pierwsze wiadomości, wysyłane okrężną drogą przez Lafayette i Baton Rouge, były przerażające: „Już kilka kilometrów przed New Iberia pociąg musiał się zatrzymać, ponieważ tory pokryte były błotem. Uchodźcy z miasta opowiadają, że ponoć jakieś dwa kilometry na wschód od miasta otworzył się błotny wulkan, który gwałtownie wyrzucił z siebie mnóstwo rzadkiego, zimnego błota. New Iberia zniknęła podobno pod jego nawałem. Dalsza droga po ciemku i w trwającym deszczu skrajnie trudna. Z New Iberia na razie brak łączności”.
Równocześnie dotarły wieści z Baton Rouge: