— Panie przewodniczący, może wrócilibyśmy do rzeczy. Mowa jest o prowincji Föng-tien. Jesteśmy upoważnieni, by zaproponować japońskiemu rządowi rekompensatę w złocie. Pozostaje kwestia tego, co dadzą naszym klientom zainteresowane państwa za likwidację Chin.

W tej chwili nocni radioamatorzy słuchali programu radia Płazów. „Usłyszeliście przed chwilą barkarolę z Opowieści Hoffmanna — skrzeczał speaker. — Halo, halo, a teraz łączymy się z włoską Wenecją”.

A potem słychać było tylko ponury i bardzo głośny szum jakby wzbierających wód.

10. Povondra bierze winę na siebie

Kto by pomyślał, że upłynęło tyle wody i lat! Nasz Povondra nie jest już odźwiernym w domu G. H. Bondego. Jest teraz poczciwym staruszkiem, który może w spokoju spożywać owoce swego długiego i aktywnego życia w postaci niskiej emeryturki. Ale na co by wystarczyło tych parę stówek przy tej wojennej drożyźnie! Dobrze, że jeszcze od czasu do czasu człowiek złapie jakąś rybkę. Siedzi w łódce z kijem w ręku i patrzy — ileż tej wody w ciągu dnia upłynie i skąd się jej tyle bierze! Czasem się złapie na wędkę ukleja, czasem okoń. Tych ryb jest teraz jakoś więcej, może dlatego, że rzeki są dziś o tyle krótsze. Taki okoń też nie jest zły. Na oko same ości, ale mięso trochę przypomina w smaku migdały. A mamuśka umie je przyrządzać. Povondra nawet nie wie, że mamuśka zwykle pali pod jego okoniami tymi wycinkami, które kiedyś zbierał i segregował. Co prawda Povondra porzucił to zbieranie, gdy przeszedł na emeryturę. Za to urządził sobie akwarium, gdzie obok złotych karpików hodował małe traszki i salamandry. Patrzył na nie całymi godzinami, jak leżą bez ruchu w wodzie albo wyłażą na brzeg, który im zrobił z kamyków. Potem kręcił głową, mówiąc: „Kto by się tego po nich spodziewał, mamuśko!”. Ale człowiek nie wytrzyma, patrząc tylko, dlatego Povondra zaczął wędkować. „Co robić, mężczyźni zawsze muszą mieć jakiegoś konika — myślała pobłażliwie Povondrowa. — Lepsze to niż gdyby chodził do gospody i politykował”.

To prawda, dużo, bardzo dużo tej wody upłynęło. Franek też już nie jest uczniakiem wkuwającym geografię ani młodzieńcem zdzierającym skarpetki bieganiem za marnościami tego świata. To też już starszy pan. Chwała Bogu, jest urzędnikiem na poczcie — a jednak na coś mu się to przydało, że tak sumiennie uczył się geografii.

„Zaczyna już nabierać rozumu — myśli Povondra, kierując swoją łódkę trochę niżej pod most Legii. — Przyjdzie dziś do mnie. Jest niedziela i nie pracuje. Wezmę go na łódkę i popłyniemy w górę, aż pod Strzelecką Wyspę. Tam ryby lepiej biorą. I Franek mi powie, co piszą w gazetach. A potem pójdziemy do domu, na Vyszehrad, synowa przyprowadzi dzieci...”.

Pan Povondra przez chwilę oddawał się spokojnemu szczęściu dziadka. Cieszył się, że Marzenka za rok już pójdzie do szkoły, a mały Franek, czyli wnuczek, już waży trzydzieści kilo. Povondra ma mocne, głębokie przekonanie, że wszystko jest w wielkim i dobrym porządku.

W tej chwili zauważył nad wodą syna, który machał do niego ręką. Povondra przybił do brzegu.

— Już dawno powinieneś tu być — skarcił go. — I uważaj, żebyś nie wpadł do wody!