— Panie Vantochu, my panu wierzymy — zaprotestował pan Golombek — ale...
— Poczekaj — przykazał kapitan. — Nie chcesz dać swoich ślicznych pieniążków ot tak. To ci się chwali, chłopcze. Ale ty je dasz na statek, see? Ty kupisz ten statek, ty będziesz ship-owner i możesz na nim pływać. Yeah, możesz, żebyś widział, jak nim dowodzę w twoim imieniu. Ale pieniądze, które tam zarobimy, dzielimy fifty-fifty. To jest uczciwy business, nie?
— Ale panie Vantochu — wykrztusił wreszcie pan Golombek nieco przygnębiony — przecież my nie mamy takich pieniędzy!
— Yeah, to co innego — powiedział kapitan. — Sorry. Ale w takim razie nie wiem, panowie, po co do mnie przyszliście.
— Żeby nam pan opowiadał, kapitanie. Pan przecież musiał mieć tyle różnych przygód.
— A miałem, chłopcze. Miałem sporo cholernych przygód.
— Przeżył pan kiedyś katastrofę statku?
— What? Że niby ship-wrecking? A, to nie. Co ty sobie myślisz! Jeśli dasz mi dobry statek, nic mu się nie może stać. Możesz spytać w Amsterdamie o moje references. Idź i zapytaj.
— A tubylcy? Poznał pan tam jakichś tubylców?
Kapitan van Toch potrząsnął głową.