(„Patrz, jak dziwnie biegnie — zwracał mu uwagę chłodny i krytyczny głos. — Zanadto wyrzuca nogi. Za bardzo wymachuje rękami. Po prostu nieładnie. A jeszcze do tego gdacze, gdacze jak kura”.)

— Co się stało, Li? — wołał Abe, biegnąc na pomoc.

— Abe, Abe — koteczek uwiesił mu się na szyi, mokry i zimny, szczękając zębami. — Abe, tam było jakieś zwierzę!

— Niczego tam nie było — uspokajał ją Abe. — Pewnie jakaś ryba.

— Ale to miało taką straszną głowę — kwilił koteczek, wciskając mokry nos w piersi Abe’a.

Abe chciał ją ojcowskim gestem poklepać po ramieniu, ale ten gest na jej mokrym ciele odbił się głośnym plaśnięciem.

— No, no — mruknął uspokajająco — popatrz, niczego tam już nie ma.

Li obejrzała się na lagunę.

— To było okropne — wykrztusiła i nagle zaczęła piszczeć. — Tam... tam... widzisz?

Do brzegu zbliżał się powoli czarny łeb, którego paszcza to otwierała się, to zamykała. Koteczek Li jęknął histerycznie i ruszył rozpaczliwym biegiem, by znaleźć się jak najdalej od wody.