Abe był zakłopotany. „Mam biec za Li, żeby się nie bała? Czy mam zostać tutaj, żeby pokazać, że ja się tego zwierzęcia nie boję?”. Zdecydował się w końcu na to drugie. Podszedł bliżej do morza, stanął po kostki w wodzie i z zaciśniętymi pięściami patrzył zwierzęciu w oczy. Czarna głowa przestała się zbliżać, zakołysała się dziwnie i powiedziała:
— Ts-ts-ts.
Abe trochę się bał, ale nie mógł tego okazać.
— O co chodzi? — odezwał się ostro do tej głowy.
— Ts-ts-ts — zrobiła głowa.
— Abe, Abe, A-be! — wrzeszczał koteczek Li.
— Już idę! — zawołał Abe i powoli (żeby nikt nie mógł nic powiedzieć) podążył do swej dziewczyny. Po drodze jeszcze się zatrzymał i odwrócił z surową miną ku morzu.
Na brzegu, gdzie morze kreśliło w piasku swą wieczną i nietrwałą koronkę, stało na tylnych nogach jakieś ciemne zwierzę z okrągłą głową i kręciło ciałem. Abe stanął jak wryty z bijącym sercem.
— Ts-ts-ts — ponownie zrobiło zwierzę.
— A-be! — wył półomdlały koteczek.