Abe cofał się krok po kroku, nie spuszczając zwierzęcia z oczu; ono zaś stało nieruchomo, odwracając tylko głowę w jego stronę.

W końcu Abe znalazł się obok swego koteczka, który leżał twarzą do ziemi, szlochając z przerażenia.

— To... jakaś foka — powiedział Abe niepewnie. — Powinniśmy wrócić na jacht, Li.

Ale Li tylko się trzęsła.

— To wcale nie jest niebezpieczne — stwierdził Abe. Chciałby uklęknąć przy Li, ale musiał stać bohatersko między nią i zwierzęciem. „Gdybym nie był w samych kąpielówkach — pomyślał — i miał przy sobie przynajmniej kieszonkowy nóż, albo gdybym znalazł jakiś kij...”.

Zaczęło się zmierzchać. Zwierzę znowu zbliżyło się na odległość mniej więcej trzydziestu kroków i zatrzymało się. A za nim pięć, sześć, osiem takich samych zwierząt wynurzyło się z morza i kołysząc się, chwiejnym krokiem dreptało do miejsca, gdzie Abe strzegł koteczka Li.

— Nie oglądaj się, Li — rzucił Abe, ale było to zbyteczne, ponieważ Li nie obejrzałaby się za nic na świecie.

Z morza wynurzały się kolejne cienie i posuwały szerokim półokręgiem. Abe naliczył ich już ze sześćdziesiąt. To jasne tam, na piasku, to rozrzucony płaszcz kąpielowy koteczka Li. Płaszcz, w którym przed chwilą spała. Tymczasem zwierzęta doszły już do tego miejsca.

W tym momencie Abe zrobił coś oczywistego i jednocześnie bezsensownego, jak ten rycerz Schillera, który wszedł do klatki lwa po rękawiczkę swej damy22. Cóż począć, są rzeczy oczywiste i bezsensowne, które mężczyźni będą robić, jak świat światem. Bez namysłu, z podniesioną głową i zaciśniętymi pięściami szedł Mr Abe Loeb pomiędzy te zwierzęta po płaszcz kąpielowy koteczka Li.

Zwierzęta nieco się cofnęły, ale nie uciekły. Abe podniósł płaszcz, przerzucił go przez ramię jak torreador i stał nieporuszony.