W tym czasie kapitan oceniał sytuację. Na powierzchni wody w zatoce lśnił równy, długi pas, który oddzielał pofalowane morze od cichej toni laguny. „Jakby tam pod wodą była jakaś tama albo falochron — pomyślał kapitan. — Może to ławica piasku albo rafa koralowa, ale wygląda to na sztuczny twór. Dziwne miejsce”. Ponad spokojną powierzchnię laguny tu i ówdzie wynurzały się czarne głowy i ciągnęły do brzegu. Kapitan zacisnął usta i sięgnął po rewolwer. „Byłoby lepiej — pomyślał — gdyby te kobiety zostały w łodzi”. Judy zaczęła się trząść i trzymała się kurczowo Freda. „Jaki on jest silny — pomyślała sobie. — Jak ja go kocham”.
W końcu ostatnia łódź odbiła od jachtu. Była w niej panna Lily Valley w białym trykocie kąpielowym i w przezroczystym szlafroczku, w którym najwidoczniej zostanie wyłowiona z morza jako rozbitek, a poza nią Miss Greta i Mr Abe.
— Czemu tak wolno wiosłujesz, Abe — robiła mu wyrzuty Li.
Mr Abe widział te czarne głowy zmierzające do brzegu i nic nie mówił.
— Ts-ts.
— Ts.
Mr Abe wyciągnął łódź na piasek i pomógł wysiąść koteczkowi Li i Grecie.
— Biegnij szybko do aparatu — powiedziała szeptem artystka. — A kiedy powiem ci „teraz”, zacznij kręcić.
— Przecież już nic nie będzie widać — zaoponował Abe.
— Więc Judy musi oświetlać. Greto!