— Równy z pana gość, kapitanie — powiedział z uznaniem młody olbrzym. — Dzieci, kapitan to swój chłop. Ale przeddyluwialna fauna to bzdura. To nie jest tytuł dla prasy. To już raczej „Kochankowie na perłowej wyspie” albo coś takiego.

— „Trytony obsypują perłami białą Lily!” — krzyczał Abe. — „Hołd królestwa Posejdona!”, „Nowa Afrodyta!”.

— Bzdury! — zaprotestował wzburzony Fred. — Żadne trytony nigdy nie istniały. To naukowo dowiedzione, chłopie. I nie było żadnej Afrodyty. Prawda, Judy, że jej nie było? „Walka ludzi z prajaszczurami!”. „Dzielny kapitan atakuje przedpotopowe potwory!”. Człowieku, taki tytuł musi mieć wydźwięk!

— Wydanie specjalne! — wołał Abe. — „Aktorka filmowa atakowana przez morskie potwory! Seksapil młodej kobiety pokonuje przedpotopowe jaszczury! Kopalne płazy wolą blondynki!”.

— Abe — odezwał się koteczek Li — mam świetny pomysł.

— Jaki?

— Na film. To by była kapitalna sprawa, Abe. Wyobraź sobie, że bym się kąpała na brzegu morza...

— W tej koszulce bardzo ci do twarzy, Li — wtrącił Abe.

— Prawda? I te trytony zakochałyby się we mnie i porwałyby mnie na dno morza. I byłabym ich królową.

— Na morskim dnie?