8. Andrias Scheuchzeri26

Ludzkie wścibstwo nie zna granic. Ludziom nie wystarczyło, że profesor J. W. Hopkins z Yale University, największy w tym czasie autorytet w dziedzinie gadów, uznał owe zagadkowe stwory za pseudonaukowy humbug i zwykły wytwór fantazji. W prasie fachowej i w gazetach zaczęły się mnożyć wiadomości o pojawieniu się w rozmaitych miejscach Oceanu Spokojnego nieznanych dotąd zwierząt, podobnych do ogromnych salamander. Stosunkowo wiarygodnych danych dostarczały znaleziska na Wyspach Salomona, na wyspie Schouten, na atolach Kapingaramangi, Butaritari i Tabiteuea, dalej na całej grupie wysepek: Nukufetau, Fanufuti, Nukonono i Fakaofo, następnie aż na archipelagu Riau, na Ua Huka, Uapu i Pukapuka. Cytowano opowieści o „diabłach kapitana van Tocha” (głównie w rejonie Melanezji) i o „trytonach panny Lili” (raczej w Polinezji). Gazety uznały, że chodzi prawdopodobnie o różne gatunki podmorskich przedpotopowych monstrów, głównie dlatego, że nastał sezon ogórkowy i nie było o czym pisać. Podmorskie potwory cieszą się u czytelników znacznym powodzeniem. Szczególnie w USA nastała moda na trytony. W Nowym Jorku grano tysiąc razy fabularyzowaną rewię Posejdon z trzystoma najładniejszymi trytonkami, nereidami i syrenami; w Miami i na kalifornijskich plażach młodzież kąpała się w kostiumach trytonów i nereid (tj. trzy sznury pereł i nic więcej), a w środkowych i środkowo-zachodnich Stanach niezwykle urósł w siłę Ruch na rzecz Zwalczania Niemoralności (RZN); doszło przy tym do publicznych manifestacji i kilku Murzynów powieszono, a kilku innych spalono.

Wreszcie w „The National Geographic Magazine” opublikowano biuletyn Wyprawy Naukowej Uniwersytetu Columbia (zorganizowanej dzięki wsparciu finansowemu J. S. Tinckera, zwanego „królem konserw”). Tę relację podpisali P. L. Smith, W. Kleinschmidt, Charles Kovar, Louis Forgeron i D. Herrero, a więc światowe sławy, zwłaszcza w dziedzinie rybich pasożytów, robaków obrączkowanych, biologii roślinnej, orzęsków i mszyc. Oto fragmenty obszernego sprawozdania:

„(...) Na wyspie Rakahanga wyprawa po raz pierwszy napotkała odciski tylnych nóg nieznanej dotąd olbrzymiej salamandry. Odciski są pięciopalczaste, długość palców 3–4 centymetry. Sądząc po ilości śladów, wybrzeże wyspy Rakahanga musi się wprost roić od tych jaszczurów. Ponieważ nie było tam odcisków przednich nóg (z wyjątkiem jednego czteropalczastego, prawdopodobnie młodego osobnika), wyprawa uznała, że te salamandry widocznie poruszają się na tylnych kończynach.

Nadmieniamy, że na wysepce Rakahanga nie ma rzeki ani mokradeł; te jaszczury żyją zatem w morzu i są chyba jedynymi przedstawicielami swego gatunku, którzy zamieszkują środowisko pelagiczne. Wiadomo wprawdzie, że aksolotl meksykański (Amblystoma mexicanum) przebywa w słonych jeziorach, ale o salamandrach pelagicznych (żyjących w morzu) nie znajdujemy wzmianki nawet w klasycznym dziele W. Korngolda Płazy ogoniaste (Urodela), Berlin 1913.

(...) Czekaliśmy do popołudnia, żeby złowić albo chociaż ujrzeć żywy egzemplarz, ale nadaremnie. Z żalem opuszczaliśmy uroczą wysepkę Rakahanga, gdzie D. Herrerze udało się znaleźć piękny nowy gatunek pluskwiaka (...).

Znacznie więcej szczęścia mieliśmy na wyspie Tongarewa. Czekaliśmy na wybrzeżu z bronią w rękach. Po zachodzie słońca wynurzyły się z wody głowy salamander, dosyć duże i lekko spłaszczone. Po chwili płazy wyszły na piasek, posuwając się dosyć zgrabnie na tylnych nogach, kołyszącym się krokiem. Gdy siedziały, miały nieco ponad metr wysokości. Rozsiadły się w szerokim kręgu i zaczęły dziwnym ruchem kręcić górną częścią ciała; wyglądało to, jakby tańczyły. W. Kleinschmidt wstał, żeby lepiej widzieć. Wtedy jaszczury zwróciły ku niemu głowy i na krótką chwilę zupełnie zdrętwiały; potem zaczęły zbliżać się do niego ze znaczną prędkością, wydając syczące i szczekliwe odgłosy. Kiedy były mniej więcej siedem kroków od niego, strzeliliśmy do nich. Gwałtownie rzuciły się do ucieczki i wpadły do morza; tego wieczoru już się nie pokazały. Na brzegu zostały tylko dwie martwe salamandry i jedna z przetrąconym kręgosłupem, wydająca dziwaczne odgłosy, coś jakby „ogod, ogod, ogod”. Później skonała, gdy W. Kleinschmidt otworzył nożem jej klatkę piersiową (...)”.

(Tu następują anatomiczne szczegóły, których my, laicy, i tak byśmy nie zrozumieli; biegłych w tematyce czytelników odsyłamy do cytowanego biuletynu).

„Chodzi więc, jak widać na podstawie przytoczonych danych o typowego przedstawiciela rzędu płazów ogoniastych (Urodela), do których, jak wszystkim wiadomo, należy rodzina salamandrowatych (Salamandridae), obejmująca gatunki traszek (Tritones) i salamander (Salamandrae), oraz rodzina salamander syrenowatych (Ichthyoidea), obejmująca salamandry skrytoskrzelne (Cryptobranchiata) i jawnoskrzelne (Phanerobranchiata). Płaz napotkany na wyspie Tongarewa wydaje się najbliżej spokrewniony z salamandrami syrenowatymi jawnoskrzelnymi. Pod wieloma względami, między innymi swymi rozmiarami, przypomina salamandrę olbrzymią japońską (Megalobatrachus Sieboldii) albo salamandrę amerykańską (Cryptobranchus alleganiensis), zwaną »diabłem błotnym«, ale różni się od nich dobrze rozwiniętymi receptorami i dłuższymi, mocniejszymi kończynami, które pozwalają mu na dość zwinne poruszanie się zarówno w wodzie, jak i na lądzie”.

(Tu następują dalsze szczegóły z zakresu anatomii porównawczej).