„Gdy wypreparowaliśmy szkielety zabitych zwierząt, doszliśmy do najciekawszych ustaleń: że mianowicie szkielet tych płazów pasuje niemal idealnie do kopalnego odcisku szkieletu salamandry, który znalazł na kamiennej płycie z kamieniołomów w Öhningen doktor Johannes Jakob Scheuchzer i który przedstawił w dziele Homo diluvii testis, wydanym w roku 1726. Mniej wtajemniczonym czytelnikom przypomnijmy, że wspomniany doktor Scheuchzer uważał tę skamieniałość za szczątki przedpotopowego człowieka. »Załączony tu wizerunek — pisze — który przedkładam światu naukowemu w postaci pięknego drzeworytu, jest bez wątpienia obrazem człowieka, który był świadkiem potopu na świecie; nie ma tu linii, z których bujna wyobraźnia musiałaby dopiero zbudować coś, co byłoby podobne do człowieka, lecz wszędzie widzimy całkowitą zgodność z poszczególnymi elementami ludzkiego szkieletu i doskonałą symetrię. Skamieniały człowiek ukazany jest tu z przodu; oto pomnik wymarłej ludzkości, starszy od wszystkich nagrobków rzymskich, greckich, ba — nawet egipskich i wszystkich wschodnich razem wziętych«”.

Później Cuvier rozpoznał w odcisku z Öhningen szkielet skamieniałej salamandry, który nazwano Cryptobranchus primaevus albo Andrias Scheuchzeri Tschudi i uważano za gatunek dawno wymarły. Dzięki porównaniu osteologicznemu udało nam się zidentyfikować nasze płazy jako wymarłą rzekomo prehistoryczną salamandrę. Tajemniczy prajaszczur, jak go nazywano w gazetach, to nic innego jak skamieniała skrytoskrzelna salamandra Andrias Scheuchzeri albo, jeśli potrzebna jest nowa nazwa, Cryptobranchus Tinckeri erectus, czyli salamandra olbrzymia polinezyjska.

Pozostaje zagadką, dlaczego ta interesująca salamandra olbrzymia umknęła aż do tej pory uwadze naukowców, chociaż przynajmniej na wyspach Rakahanga i Tongarewa w archipelagu Manihiki występuje nader licznie. Nie wspominają też o niej Randolph i Montgomery w swym dziele Dwa lata na wyspach Manihiki (1885). Tamtejsi mieszkańcy twierdzą, że to zwierzę — które nawiasem mówiąc uważają za jadowite — zaczęło się pokazywać dopiero przed sześcioma czy ośmioma laty. Opowiadają, że „morskie diabły” potrafią mówić (!) i budują sobie w zatokach, gdzie żyją, całe systemy wałów i tam na kształt podmorskich miast. Podobno w ich zatokach przez cały rok woda jest spokojna jak w stawie. Podobno wygrzebują sobie pod wodą wielometrowe nory i korytarze, w których przebywają w ciągu dnia. Podobno w nocy kradną na polach bataty i yamy, i zabierają ludziom motyki i inne narzędzia. Ludzie na ogół ich nie lubią, a nawet się ich boją; w wielu przypadkach woleli przeprowadzić się gdzie indziej. Prawdopodobnie chodzi tu o zwykłe prymitywne przesądy i zabobony, wywołane odpychającym wyglądem i poniekąd ludzkim chodem w pozycji wyprostowanej tych nieszkodliwych wielkich jaszczurów.

Z daleko idącą ostrożnością należy przyjmować także informacje podróżników, według których te jaszczury pojawiają się również na innych wyspach niż Manihiki. Natomiast można bez najmniejszej wątpliwości uznać odcisk tylnej nogi, znaleziony niedawno na wybrzeżu wyspy Tongatapu, który opublikował Capt. Croisset w „La Nature”, za ślad Andriasa Scheuchzeri. To odkrycie jest szczególnie ważne dlatego, że łączy występowanie owych płazów na Manihiki Islands z obszarem australijsko-nowozelandzkim, gdzie zachowało się tak wiele pozostałości rozwoju prastarej fauny. Przypomnijmy zwłaszcza „przedpotopowego” jaszczura hatterię czyli tuatara, do dziś żyjącego na Stephens Island. Na tych osamotnionych, na ogół słabo zaludnionych i cywilizacją prawie nieskażonych wysepkach mogły sporadycznie zachować się resztki gatunków zwierzęcych gdzie indziej już wymarłych. Do kopalnego jaszczura hatterii dołączyła teraz, dzięki panu J. S. Tinckerowi, przedpotopowa salamandra. Poczciwy doktor Johannes Jakob Scheuchzer dożyłby teraz wskrzeszenia swego Adama z Öhningen...

Ten biuletyn naukowy wystarczyłby niewątpliwie do tego, by w pełni objaśnić problem zagadkowych morskich stworzeń, o których tyle już mówiono. Niestety, równocześnie z nim ukazała się praca holenderskiego badacza van Hogenhoucka, który zaszeregował te skrytoskrzelne salamandry olbrzymie do rodziny salamandrowatych, pod nazwą Megatriton moluccanus, i rozszerzył ich występowanie na holendersko-sundajskich wyspach Dżilolo, Morotai i Ceram. Oprócz tego pojawił się raport francuskiego uczonego dr. Mignarda, który określił je jako typowe salamandry, wyznaczył im pierwotne siedziby na francuskich wyspach Takaroa, Rangiroa i Raroia i nazwał je po prostu Cryptobranchus salamandroides. Natomiast H. W. Spence rozpoznał w nich nową rodzinę Pelagidae, rdzennie zamieszkującą Wyspy Gilberta, i wprowadził ją do świata nauki pod nazwą rodzajową Pelagotriton Spencei. Mr Spence’owi udało się dostarczyć jeden żywy egzemplarz do londyńskiego zoo, gdzie stał się przedmiotem dalszych badań, z których wyłonił się pod nazwami Pelagobatrachus Hookeri, Salamandrops maritimus, Abranchus giganteus, Amphiuma gigas i wieloma innymi. Niektórzy uczeni twierdzili, że Pelagotriton Spencei jest tożsamy z Cryptobranchus Tinckeri i że salamandra Mignarda to nic innego tylko Andrias Scheuchzeri. Wynikło wokół tego wiele sporów o pierwszeństwo i inne czysto naukowe problemy. Doprowadziły one do tego, że w końcu przyrodoznawstwo w każdym kraju miało swoje własne salamandry olbrzymie i jak najzajadlej zwalczało naukowo salamandry olbrzymie innych krajów. Dlatego też w tej całej aferze z jaszczurami nie osiągnięto pod względem naukowym ostatecznego porozumienia i nie wyjaśniono definitywnie sprawy płazów.

9. Andrew Scheuchzer

Stało się to któregoś czwartku, kiedy londyńskie zoo było zamknięte dla publiczności. Pan Thomas Greggs, strażnik w pawilonie jaszczurów, czyścił baseny i terraria swych podopiecznych. Był zupełnie sam w oddziale płazów, gdzie wystawiono salamandrę olbrzymią japońską, amerykańskiego „diabła błotnego”, Andriasa Scheuchzeri i mnóstwo drobnych traszek, jaszczurek, aksolotlów, syren, odmieńców jaskiniowych, żebrowców i innych odmieńcowatych. Pan Greggs uwijał się ze szmatą i miotłą, pogwizdując sobie Annie Laurie27. Nagle ktoś za nim skrzeczącym głosem powiedział:

— Zobacz, mamusiu!

Pan Thomas Greggs obejrzał się, ale nikogo tam nie było; tylko diabeł błotny mlaskał w swoim mule, a wielki czarny jaszczur, ten Andrias, opierał się przednimi łapkami i kręcił tułowiem. „Coś mi się wydawało” — pomyślał pan Greggs i dalej zamiatał podłogę, aż świszczało.