— Dzień dobry panu.
— Dzień dobry panu. Dzień dobry. Dzień dobry panu.
Wydawało się, że płaz nie może nacieszyć się mówieniem, ale Greggs nie wiedział, co jeszcze mu powiedzieć. Pan Thomas Greggs nie był człowiekiem zbyt elokwentnym.
— Teraz się zamknij — powiedział — a jak skończę, będę cię uczył mówić.
— Teraz się zamknij — zamruczał jaszczur. — Dzień dobry panu. Popatrz, płaz. Będę cię uczył mówić.
Jednakże dyrekcja zoo niechętnie patrzyła na to, że strażnicy uczą swe zwierzęta jakichś sztuczek. Słoń to co innego, ale pozostałe zwierzęta są tu w celach edukacyjnych, a nie żeby urządzać jakiś cyrk. Dlatego pan Greggs przebywał na oddziale płazów w zasadzie potajemnie, gdy już nikogo tam nie było. Ponieważ był wdowcem, nikt nie dziwił się, że samotnie spędza czas w pawilonie z jaszczurami. Każdy człowiek ma jakieś upodobania. Zresztą oddział płazów odwiedzało mało ludzi; to raczej krokodyl cieszył się dużą popularnością, ale Andrias Scheuchzeri na ogół spędzał dni samotnie.
Kiedyś, gdy już się ściemniało i zamykano pawilony, dyrektor zoo sir Charles Wiggam przechodził przez niektóre oddziały, żeby się przekonać, czy wszystko jest w porządku. Gdy szedł przez oddział płazów, coś zapluskało w jednym z basenów i ktoś skrzekliwie powiedział:
— Dobry wieczór panu.
— Dobry wieczór — odpowiedział zdziwiony dyrektor. — Kto tam jest?
— Przepraszam pana — powiedział skrzekliwy głos. — To nie jest pan Greggs.