— Wykluczone — powiedział naukowiec. — Salamandry mają przecież przyrośnięty język.

— Więc niech pan pójdzie i zobaczy — odparł sir Charles. — Dzisiaj jest sprzątanie pawilonów, więc nie będzie tam dużo ludzi.

I poszli.

Przy wejściu do pawilonu płazów sir Charles zatrzymał się. Z wewnątrz dochodziło szuranie miotły i jednostajny głos, który coś sylabizował.

— Proszę poczekać — szepnął sir Charles.

— „Czy-na-Mar-sie-są-lu-dzie?” — sylabizował monotonny głos. — Mam to czytać?

— Co innego, Andy — odpowiedział drugi głos.

— „Czy-w te-go-ro-cznym-der-by-zwy-cię-ży-Pel-ham-Beau-ty-czy-Go-ber-na-dor?”.

— Pelham-Beauty — odparł drugi głos. — Ale czytaj.

Sir Charles otworzył po cichu drzwi. Thomas Greggs zamiatał miotłą podłogę, a w sadzawce z morską wodą siedział Andrias Scheuchzeri i powoli, skrzekliwie sylabizował tekst z wieczornej gazety, którą trzymał w przednich łapach.