— E, nic na to wszystko nie poradzisz! — rzekł i odkręcił główkę fajki, żeby ją przeczyścić słomką.
— Bo też już śmierdziała — zauważyła Blahoušowa interesująco.
— Śmierdziała — zgodził się Blahouš. — Ale jak nie miała śmierdzieć? Przecie chyba już żadnego prawdziwego tytuniu na świecie nie ma. Ostatnią paczuszkę tytuniu posłał mi syn, niby profesor, w czterdziestym dziewiątym chyba... Nie?
— Na Wielkanoc były temu akurat cztery lata.
— A tak — rzekł Blahouš. — Człowiek jest już dobrze stary. Nawet bardzo stary.
— A ja się pytam, sąsiedzie — zaczęła Prouzowa — na co to wszystko, niby co się dzieje?
— Niby, że co się dzieje?
— A choćby i ta wojna?
— A kto ich tam wie! — zawołał Blahouš i przedmuchiwał fajkę, aż w niej bulgotało. — Nikt tego nie wie, ciotka. Powiadają, że to o wiarę.
— O jaką wiarę?