— Z Nim trudna sprawa — rzekł Bondy. — Zaskoczy cię w twej własnej duszy i koniec z tobą. Gdy nie przekona się drogą rozumowania, ześle na ciebie cudowne oświecenie. Wiesz, co zrobił Szawłowi.
— Ty przed nim uciekasz — rzekł Marek — ale ja go gonię i depcę mu po piętach. Już go trochę znam i mógłbym wypisać na niego list gończy. Rysopis: nieskończony, niewidzialny, bezkształtny. Miejsce przebywania: wszędzie w pobliżu motorów atomowych. Zajęcie: anarchiczny utopijny mistycyzm. Powody, dla których jest ścigany: przywłaszczanie sobie cudzego mienia, nieuprawnione wykonywanie zawodu lekarskiego, wykroczenia przeciwko ustawom o zgromadzeniach, zakłócanie czynności urzędowych i tak dalej. Znaki szczególne: wszechmoc. Jednym słowem: złapcie Absolut i zatrzymajcie Go!
— Ba, ty się śmiejesz — westchnął G. H. Bondy. — Nie śmiej się. On nas pokonał.
— Jeszcze nie! — zawołał Marek. — Uważaj, Bondy, On dotychczas nie umie rządzić. Swoim nowinkarstwem narobił pełno zamętu. Na przykład rzucił się na nadprodukcję zamiast wybudować naprzód cudowny transport kolejowy. Teraz sam jest w nie lada kłopocie, bo wszystko, co wyrobił, jest do niczego. Z tą jego obfitością było tak jakoś jakbyś potężnie uderzył w wodę. Po drugie, skołował swoją mistyką wszystkie urzędy i zniszczył cały aparat administracyjny, którego teraz właśnie potrzebowałby dla utrzymania porządku. Rewolucję możesz sobie robić, gdzie chcesz, tylko nie w urzędach. Nawet gdyby miał być koniec świata, trzeba najpierw zniszczyć wszechświat, a dopiero potem urzędy. Tak się rzeczy mają, kolego. A po trzecie, skasował pieniądze jak jakiś najnaiwniejszy teoretyzujący anarchista i tym od razu sparaliżował krążenie produktów. Nie wiedział, że prawa rynku są potężniejsze od praw jakichkolwiek. Nie wiedział, że produkcja bez handlu jest po prostu nonsensem. Nie wiedział nic. Poczynał sobie jak... jak... Jednym słowem jest to tak, jak gdyby jedną ręką niszczył, co drugą stworzył. Mamy cudowną obfitość, a przy tym katastrofalną nędzę. Jest wszechmocny, a wytworzył tylko chaos. Wiesz, ja wierzę ostatecznie, że kiedyś stworzył prawa przyrody i praszczury — góry, i wszystko, co chcesz, ale handlu, naszego nowoczesnego handlu i przemysłu nie stworzył na pewno, bo się w nim zupełnie nie orientuje. Nie, mój Bondy, handel i przemysł nie są z Boga.
— No dobrze — ozwał się G. H. Bondy — ja wiem, że następstwa jego aktywności są... katastrofalne... niepojęte... Ale co mamy robić?
— Tymczasem nic. Ja, drogi przyjacielu, tylko patrzę i porównuję. Mamy tu nową wieżę Babel. Na przykład gazety klerykalne wyrażają podejrzenie, że „zamęt w naszych religijnie wzburzonych czasach został z diabelską przebiegłością przygotowany przez wolnomularzy...” Pisma narodowe oskarżają Żydów, socjaliści prawi napadają na lewych, agrariusze rzucają się na liberałów. Zwariować można. I uważasz, cała ta kołowacizna nie jest jeszcze u szczytu. Cała intryga zaczyna się dopiero na dobre. Uważaj Bondy, coś ci powiem.
— No?
— Jak ci się zdaje? Czy ten... Absolut... jest jeden?
— Nie wiem — odpowiedział Bondy. — I... czy od tego coś zależy?
— Wszystko — odpowiedział Marek. — Chodź no tu bliżej i nadstaw uszu.