— Ja — wyjąkał pater Joszt, cofając się. — Ja... Wasza Biskupia Miłości... ja myślałem...
— Ja ci dam myśleć! — ryknął biskup Linda, upiornie łyskając okularami. — Masz! — Zgniótł w ręku poranny numer „Przyjaciela Ludu” i rzucił go Josztowi pod nogi. — „Ja myślałem”! Patrzcież, on myślał! Czemuś nie telefonował? Czemu nie zapytałeś, co masz pisać? A wy, panie Kosztial? Jak pan może zamieszczać coś podobnego? Pan także pewno myślał? Novotny!
— Słucham — rzekł pan metrampaż, drżąc ze strachu.
— Dlaczego kazał pan to złożyć? Pan także myślał?
— Nie, ja nie myślałem — protestował metrampaż. — Ja muszę składać, co mi panowie poślą.
— Nikt nic nie musi, tylko, co każę ja! — oświadczył stanowczo biskup Linda. — Siadaj, Joszcie, i czytaj, coś rano naględził. Mówię ci: czytaj!
— Już od dawna — czytał pater Joszt drżącym głosem swój własny artykuł wstępny — już od dawna, niepokoi nasz ogół... nikczemne oszustwo...
— Co?
— Nikczemne oszustwo, Biskupia Miłości — jęknął pater Joszt. — Ja myślałem... ja... ja teraz widzę... że...
— Że co?