St. Kilda93 to wysepka, czy tylko skalisko pliocenowego tufu daleko na zachód od Hebrydów. Kilka niskich brzózek, garść wrzosu i ostrej trawy, stado gnieżdżących się tu mew i na poły arktyczny motylek rodzaju Polyommatus94 oto całe życie tej straconej przedniej straży naszej części świata, stojącej między nieskończonym falobiciem morza i równie nieskończonym przypływem i odpływem wiecznie mokrych chmur. Zresztą St. Kilda była, jest i będzie zawsze nie zamieszkana95.

Ale w ostatnich dniach grudnia zarzucił tu kotwicę statek IKM „Dragon”. Statek wysadził na ląd cieślów, którzy z przywiezionych belek i desek zbudowali do wieczora duży, drewniany, niski barak. Dnia następnego przyjechali tapicerzy i przywieźli najładniejsze i najwygodniejsze meble. Dnia trzeciego wylądowali tu stewardzi, kucharze i kelnerzy i nazwozili do baraku mnóstwo naczyń, win i konserw, i w ogóle wszystkiego, co kultura wynalazła dla dostojnych, łakomych i potężnych panów.

Na czwarty dzień z rana przypłynął statkiem H. M. S. „Edwin” R. H. Sir O’Patterney, angielski premier. Po upływie pół godziny przypłynął poseł amerykański Horatio Bumm. Potem po kolei — każdy na statku wojennym: chiński pełnomocnik Mr Kei, premier francuski Dudieu96, carski generał rosyjski Buchtin, cesarsko-niemiecki kanclerz dr Wurm97, włoski książę Trivelino98 i japoński ambasador Janato. Szesnaście angielskich torpedowców krążyło wokół St. Kildy, aby uniemożliwić dostęp reporterom, albowiem zjazd ten Najwyższej Rady Wielkomocarstwowej, pośpiesznie zwołany przez wszechmocnego Sira O’Patterneya, miał się odbywać przy najściślejszym wyłączeniu publiczności.

Istotnie, torpedą został zatopiony duński szkuner do połowu wielorybów „Nyls Hans”, który próbował prześliznąć się w nocy przez łańcuch torpedowców. Oprócz dwunastu ludzi załogi zginął przy tej sposobności reporter gazety Chicago Tribune, Mr Joe Hashek. Pomimo to sprawozdawca New-York-Heralda, Bill Prittom, bawił przez cały czas na St. Kildzie w przebraniu kelnera i jego pióru zawdzięczamy tych kilka wiadomości, które nawet po późniejszych dziejowych katastrofach przechowały się o tym pamiętnym zjeździe.

Pan Bill Prittom twierdził, że ta wysoka konferencja polityczna dlatego odbywała się na miejscu tak opuszczonym, aby była wyłączona bezpośrednia ingerencja Absolutu na jej uchwały. Wszędzie indziej mogło się zdarzyć, że Absolut zdołałby się wśliznąć w zgromadzenie mężów tak dostojnych w postaci natchnienia, oświecenia, albo i cudu, co w wyższej polityce byłoby oczywiście rzeczą wprost niesłychaną. Zdaje się, że pierwszym celem konferencji było porozumienie się w polityce kolonialnej. Państwa miały się porozumieć i zobowiązać, że nie będą popierały ruchów religijnych na terytoriach innych państw. Podnietą ku temu była agitacja niemiecka w Kongu i Senegambii, dalej tajne wpływy francuskie przy wybuchu mahdyzmu w angielskich strefach mahometańskich, a przede wszystkim japońskie przesyłki Karburatorów do Bengalu, gdzie wrzała straszliwa rewolta najróżniejszych sekt. Narady odbywały się przy drzwiach zamkniętych. Wydano jedynie komunikat, że Niemcom przyznaje się sferę wpływów w Kurdystanie, a Japonii na niektórych wyspach greckich. Sojusz angielsko-japoński i francusko-niemiecko-rosyjski znalazły tu w pełni wyraz wielkiej serdeczności.

Po południu przyjechał osobno na torpedowcu pan G. H. Bondy i został przyjęty na audiencji Najwyższej Rady.

Dopiero około godziny piątej (według czasu angielskiego) zebrali się dostojni dyplomaci przy obiedzie i Bill Prittom miał przy tej sposobności możność słuchania rozmów przedstawicieli Wysokich Umawiających się Stron na własne uszy. Po obiedzie rozmawiali o sporcie i aktorkach. Sir O’Patterney z białogrzywą głową poety i z bystrymi oczami rozmawiał żywo o połowie łososi z jego ekscelencją premierem Dudieu, którego żywe ruchy, donośny głos i pewne je ne sais quoi99 zdradzały dawnego adwokata. Baron Janato, odsuwając wszelki napój, słucha milcząc i uśmiecha się, jakby miał usta pełne wody. Dr Wurm przerzuca karty akt, generał Buchtin przechadza się po sali z księciem Trivelino, Horatio Bumm, zupełnie sam, robi na bilardzie serię karamboli (widziałem jego piękny tripple-boussard przez rękę, który oceniłby należycie każdy znawca), podczas gdy Mr Kei, podobny do bardzo żółtej i bardzo wysuszonej staruszki, przebiera jakiś buddyjski różaniec: jest on mandarynem100 w swoim państwie Słońca.

Nagle wszyscy dyplomaci skupiają się dokoła pana Dudieu, który opowiada:

— Tak jest, panowie, c’est ça101. Nie możemy wobec Niego pozostać obojętni. Trzeba Go albo uznać, albo odmówić Mu uznania. My Francuzi jesteśmy raczej za tym drugim.

— Dlatego, że u was działa jako antymilitarysta — rzekł nie bez pewnej złośliwości książę Trivelino.