— Proszę pana — rzekł G. H. Bondy, odkładając karabin na stół werandy. — Czy tu zawsze bywa tak samo?
— Pewno, że bywa — porykiwał kapitan Trouble. — Tu niedaleczko na Rawaiwai zjedli kapitana Barkera z całym garnizonem. A na Mangaju zrobili sobie posiłek z trzech takich milionerów jak pan.
— Braci Sutherland? — zapytał Bondy.
— Zdaje się. A na Starbucku upiekli sobie komisarza rządowego. Wie pan, tego tłustego Mac Deona. Pan go znał?
— Nie znałem.
— Jak to? Pan go nie znał? — krzyczał kapitan. — A od kiedy pan tu mieszka?
— Już dziewiąty rok — rzekł Bondy.
— No to powinien go pan znać — twierdził kapitan. — Dziewiąty rok? Business, co? Albo też pan tu ma takie malutkie schronisko, nie? Że niby nerwy, tak?
— Nie — odpowiedział pan Bondy. — Widzi pan, przewidziałem, że będzie heca, i dlatego ustąpiłem temu wszystkiemu z drogi. Sądziłem, że tu będzie trochę więcej spokoju.
— A juści! Nie zna pan naszych kochanych Murzynków. Tutaj wojna jest, że tak powiem, stale.