— Nie — zaoponował pan Bondy. — Tu był naprawdę spokój. Bardzo grzeczni chłopcy, te Papuasy, czy jak ich pan nazywa. Dopiero w ostatnich czasach zaczęli trochę tego ten... Wie pan, ja nie bardzo rozumiem, o co im chodzi.
— O nic wielkiego — rzekł kapitan. — Chcą nas tylko zjeść.
— Z głodu? — zdziwił się Bondy.
— Nie wiem. Raczej z pobożności. Taki obrzęd, rozumie pan? Coś religijnego. To wybucha u nich od czasu do czasu.
— Ach tak — rzekł pan Bondy zamyślony.
— Każdy ma swego bzika — warczał kapitan. — Tutejszy bzik to zjeść cudzoziemca — i uwędzić jego głowę.
— Po co jeszcze wędzić? — rzekł Bondy z odrazą.
— E, to dopiero po śmierci — pocieszał go kapitan. — Wędzoną głowę chowają sobie na pamiątkę. Czy widział pan takie suszone głowy w Aucklandzie139 w Etnograficznym Muzeum?
— Nie widziałem — odparł Bondy. — Sądzę, że... że... nie byłbym zbyt apetyczny po uwędzeniu.
— No tak, jest pan troszkę zbyt tłusty na to — zauważył kapitan krytycznie. — Człowieka chudego zmienia to nie tak bardzo.