Bondy stanowczo nie wyglądał na zadowolonego. Siedział obwisły na werandzie swego bungalowu na koralowej wyspie Hereheretau140, którą nabył tuż przed wybuchem Największej Wojny, Kapitan Trouble chmurzył się poważnie, patrząc na gąszcz mangowców i bananowców, otaczający bungalow.

— Ilu tu jest tubylców? — zapytał kapitan nagle.

— Ze stu i dwudziestu — odpowiedział G. H. Bondy.

— A u nas w bungalowie?

— Siedmiu, razem z chińskim kucharzem.

Kapitan westchnął i spojrzał ku morzu. Był tam zakotwiczony jego statek. „Papeete”. Ale gdyby chciał dostać się nań, musiałby przejść przez wąską uliczkę między mangowcami, co nie wydawało się wcale godnym polecenia.

— Słuchaj pan — odezwał się po chwili. — o co tam w Europie biją się właściwie? O jakieś granice?

— Mniej.

— O kolonie?

— Mniej.