Hordubal śpiesznie ociera rękę o nogawicę i podaje ją Szczepanowi. Jest trochę zmieszany i bardzo pochlebiony, popada w zakłopotanie, mruczy coś i jeszcze raz potrząsa Szczepanowi rękę po amerykańsku. Niewielki jest ten Szczepan, ale krzepki. Podchodzi Jurajowi tylko do ramion, ale spogląda mu w oczy zuchwale i twardo.
— Ładne konie — mruczy Hordubal i chce je pogłaskać po nozdrzach, ale konie stają na zadnich nogach i zaczynają tańczyć.
— Baczność, gospodarzu — przestrzega Manya, a w oczach zapala mu się drwiący uśmieszek. — Węgierskie konie.
Ej ty, czarny, myślisz, że ja się nie znam na koniach? No tak, nie znam się na nich, ale konie przywykną do gazdy.
Konie podrywają łby, jakby chciały rzucić się wskok. Włóż ręce w kieszenie, Hordubalu, i nie uchylaj się, żeby sobie ten Murzyn nie myślał, że się boisz.
— Ten tu ma trzy lata — mówi Manya — z wojskowej stadniny. Hej, ty! — szarpie konia za pysk. — C-c-c! Stójże diable, cicho!
Koń podrywa go, ale Szczepan śmieje się tylko, a Polana podchodzi do konia i podaje mu kawał chleba. Szczepan błysnął na nią zębami i oczami i przytrzymuje konia za łańcuszek u wędzidła56.
— Ej, ty! S-s-s!
Wygląda to tak, jakby wtłaczał konia w ziemię, a między zębami świszcze mu wysiłek. Koń stoi z pięknie wygiętym karkiem i wargami zbliża się do dłoni Polany.
— Hej! — woła Manya i w kłusa, zawieszony u pysków końskich, prowadzi konie do stajni.