— Z Rybar, z doliny, wiecie, gospodarzu?

Hordubal nie wie, gdzie to jest, ale kiwa głową. Tak, tak, z Rybar. Gazda musi wiedzieć o wszystkim.

— Inna kraina, gospodarzu, a jaka równina! Na przykład rybarski moczar — cała tutejsza okolica zmieściłaby się w nim, jak składany nóż w kieszeni. A trawa, gospodarzu, trawa aż po piersi. — Manya machnął ręką. — E, tutaj marna okolica, gdy się orze, to pług obraca tylko kamienie. U nas, gdy się kopie studnię, to ziemia jest czarna aż do głębi.

Hordubal spochmurniał. Co ty mi będziesz gadał, tatarska twoja mać, ja, ja tutaj orałem i obracałem kamienie, ale za to te lasy i te pastwiska, miły Boże! Nadąsany wychodzi Juraj ze stajni. Marna, powiada, okolica. No to po co się tu pchasz, diable czubaty? Czy stadom źle się tu powodzi? No, chwała Bogu, oto jest godzina stad; już podzwaniają w dolinie i brzęczą na skraju wsi. Dzwonki zachrypłe, głębokie i powolne jak kroki krowy. Tylko wysokie dzwoneczki cielątek biegną na wyścigi. No, no, i ty będziesz krową i będziesz chodzić poważnie i statecznie jak całe stado i jak my wszyscy. Dzwonienie stada się przybliża i Jurajowi chce się zdjąć kapelusz jak na Anioł Pański64, aby zmówić „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”. Dzwonienie przybliża się jak rzeka, rozdziela się na ciężkie krople, rozlewa się po całej wsi, krowa za krową odłącza się od swego stada i bim-bam, bim-bam, zmierza do swej obory. Zalatuje zapach kurzu i mleka, bim-bam odzywa się we wrotach i kiwając głowami, dwie krówki wchodzą na podwórko Hardubalów. To są zwierzęta mądre i łagodne, idą prosto ku drzwiom obory. Hordubal westchnął głęboko: No, i ja już jestem w domu, chwałaż ci, Boże. Taki to jest powrót do domu. Anioł Pański stad rozprasza się po wsi i zamiera, nietoperz zygzakowatym lotem śmiga za muchami śladem stada, dobry wieczór, gazdo. Z obory przeciągłym buczeniem odzywa się krówka. No, no, już idę. Po ciemku wchodzi Juraj do obory, obmacuje rogi, twarde i kudłate czoło, mokry pysk i nozdrza, gładzi kędzierzawą sierść na karku. Znalazł blaszany kubełek i stołek na trzech nogach, przysiadł się do pełnego wymienia i doi raz-dwa, raz-dwa, aż mleko ciepłą strugą uderza o blachę wiadra. I cienko, półgłosem zaczyna Juraj śpiewać.

We drzwiach obory zarysowała się sylweta ciemnej postaci. Hordubal nie dokończył śpiewania.

— To ja, Polano — mruczy, tłumacząc się. — Żeby się bydełko do mnie przyzwyczaiło...

— Na kolację nie pójdziesz? — pyta Polana.

— Gdy skończę dojenie — odpowiada Hordubal z ciemności. — Szczepan będzie jadł z nami.

V

Juraj Hordubal siada na czele stołu, składa ręce i zmawia modlitwę. Tak trzeba teraz robić, skoro się jest gazdą. Polana zacina usta i składa ręce. Hafia wytrzeszcza oczy i nie wie, co ma robić, Szczepan ponuro i z uporem patrzy w ziemię. Ech wy, cóż to, nie zmawialiście pacierzy, Polano? Pewno Szczepan jest człowiekiem innej wiary, ale przy stole powinno się zmawiać pacierz. Patrzcie ich, nadąsali się, jedzą szybko, w milczeniu, Hafia nie je porządnie, ale dłubie w talerzu.