Bądźże potępiona, Polano! Widzieliście wszyscy, jak zadzierała głowę do góry? Że się też nie wstydzi! Jeszcze się uśmiechała, gdy Fedora Bobala żona mówiła, że kobiety okna jej chciały wybić za jej cudzołóstwo. Ba, zadzierała głowę jeszcze wyżej, jakby się miała czym chwalić.

— Dajcie spokój, kumie! Sam chciałbym ją zobaczyć. Czy aby ładna?

— Panie odpuść, ładna! Musiała widać oczarować Szczepana i zaślepić go całkiem. Chuda, powiadam wam, a oczy jak te szpilki. Musi być zła jak żmija. Ale to dziecko, zważcie, jak obrazek święty. Wszyscyśmy płakali, bo co tu gadać — sierota! I widzicie, nawet przed dzieckiem ta kobieta wstydu nie miała, cudzołożyła na oczach własnej córki. Istny diabeł, nie kobieta.

— Ejże, kumie, to i ja pójdę chyba popatrzeć.

— Puśćcie nas, puśćcie nas do środka! Chcemy ją zobaczyć, tę bezwstydnicę! Nic, nic! Ściśniemy się i będziemy stać cichutko jak w kościele! Ludzie drodzy, nie pchajcież się tak przecie! Zasmrodzicie kożuchami cały prześwietny sąd! Ruszaj jeden z drugim od tych drzwi!

— Patrzajcie, to ta chuda, co tak prosto siedzi. To ona. Doprawdy, kto by to pomyślał, że taka oto... Wygląda jak każda inna kuma. A gdzie ten Szczepan? Widać tylko jego ramiona. A ten, co wstaje teraz, w tym czarnym, to sam pan prokurator. Cicho, cicho, teraz coś usłyszycie!

— Sędziowie przysięgli! Streściłem wam okoliczności, jakie zostały ustalone dzięki wzorowej pracy organów bezpieczeństwa (Biegl, wśród publiczności, szturcha w bok Gelnaja) i jakie ujawniły zeznania świadków. Pragnę z tego miejsca podziękować jednym i drugim. W ciągu swej wieloletniej pracy w sądownictwie nie widziałem jeszcze sprawy, w której zeznania świadków byłyby przeniknięte tak głęboką i namiętną wolą wspomożenia sprawiedliwości jak w tym wypadku. Cała wieś, cała ludność Kryvej, mężczyźni, kobiety i dzieci, stawali tu przed nami nie tylko, aby złożyć świadectwo, ale aby oskarżyć przed Bogiem i ludźmi kobietę cudzołożną. Nie ja w imieniu prawa, ale lud sam staje się oskarżycielem. Według litery prawa sądzić będziecie zbrodnię. Według sumienia tego oto ludu sądzić będziecie grzech.

Prokurator pewien jest swojej sprawy, ale w tej chwili waha się nieco. (Co ja tu gadam o grzechu? Czy sądzimy duszę człowieka, czy tylko jego czyny? Oczywiście, tylko czyny, ale czyż nie z duszy wywodzą się czyny? Ej, baczność, baczność, żeby się nie zabłąkać w ślepą uliczkę! Sprawa jest przecie taka jasna!).

— Panowie przysięgli! Sprawa, którą będziecie sądzili, jest przecie taka jasna, aż przeraźliwie jasna w swej prostocie. Macie przed sobą tylko trzy osoby. Pierwszą z nich jest gazda Juraj Hordubal, człowiek prościutki, poczciwiec, może nawet nieco ograniczony. Pracuje ciężko w Ameryce, zarabia od pięciu do sześciu dolarów dziennie, z czego cztery posyła swej rodzinie, to jest swojej żonie, żeby się jej lepiej żyło. (Głos prokuratora staje się dziwnie szorstki, gardłowy). I za te krwawo zapracowane pieniądze ta kobieta utrzymuje sobie młodego parobka, który nie wstydzi się być płatnym kochankiem starzejącej się gaździny. Czegóż by nie zrobił Szczepan Manya dla pieniędzy! Zniszczył ognisko domowe emigranta, oderwał matkę od dziecka, a gdy go kochanka do tego namówi, zamorduje gazdę dla zdobycia woreczka z dolarami. Co za zbrodnia, co za grzech chciwości!

Prokurator urwał nagle. Zbrodnia, nie grzech. To nie sąd boży!