— Jakże bym miał nie znać? To ten, co tu siedzi, ten żółty.

— Wstańcie, Manyo. Czy przyznajecie się, że kupowaliście ten diament u szklarza Farkasza?

— Nie przyznaję się.

— Możecie usiąść, Manyo, ale w taki sposób niedaleko zajedziecie.

Zeznaje żona Barana, żona Hrycia, Fedora Bobala żona. Ech, Polano, co za sromota! Palcem na ciebie wskazują, oskarżają twoje cudzołóstwo, kobiety kamienują kobietę cudzołożną! Nikt już nie patrzy na Szczepana Manyę, próżno skrzyżowanymi rękoma osłaniasz brzuch, nie zakryjesz swego grzechu. Szczepan zabił, ale tyś grzeszyła. Patrzcie na bezwstydnicę, nawet głowy nie schyli, nie zapłacze, nie bije czołem o ziemię. Patrzy tak, jakby chciała powiedzieć: Gadajcie sobie, gadajcie, co mnie to obchodzi!

— Czy oskarżona ma jakie uwagi do zeznań Marty Bobalowej?

— Nie mam.

I nie pochyli głowy, nie zarumieni się ze wstydu, nie zapadnie się w pohańbieniu swoim. Jak posąg.

— Świadków już nie ma? Dobrze, rozprawę przerywa się do jutra.

— Ale ta mała Hafia ładnie zeznawała, co? Takie dziecko, panie kolego, i tyle już widziało. Straszne, straszne! A jednak te jej zeznania — jakby płynął czyściutki strumyczek. Taka prostota we wszystkim, jak gdyby w tym, co opowiadała, nie było nic złego. Ale za to cała wieś przeciwko Polanie. Kiepsko stoi jej sprawa. I Szczepana sprawa też nie lepsza, ale co tam Szczepan — figura podrzędna. Tak, tak, wieś zrozumiała, że tu chodzi o sprawę moralności, panie kolego. Można by powiedzieć, że wieś Kryva mści się za naruszenie ładu moralnego. Dziwne to, bo lud na ogół nie przejmuje się nadmiernie takimi rzeczami, które dzieją się w rodzinie, prawda? Zdaje się, że Polana dopuściła się nie tylko cudzołóstwa, lecz czegoś daleko cięższego. Czego mianowicie? Zgorszenia publicznego. Tym ściągnęła na siebie klątwę całej wsi.