— Jak Juraj?
— Tak, jak Jurka, Panie świeć nad jego duszą!
I gazda Mechajł odprowadza wielmożnych panów do wrót zagrody.
*
Wysoki sąd wraca do miasta. Wio, koniki, wio, wieziecie wielkie zdarzenie! Cala wieś wygląda jak jasełka, całkiem jak jasełka.
Przewodniczący pochyla się ku prokuratorowi.
— Jeszcze nie tak późno, panie kolego. Moglibyśmy do wieczora zakończyć tę sprawę. Może nie będzie dzisiaj tyle przemówień, co wczoraj...
Prokurator rumieni się z lekka.
— Sam nie wiem, co się wczoraj ze mną stało. Przemawiałem, jakbym był w transie, nie jak urzędnik, ale jak mściciel. Po prostu chciało mi się kazać i grzmieć.
— Było tak, jakbyśmy siedzieli w kościele — mówi przewodniczący z powagą. — Wie pan, ci ludzie na sali wstrzymywali oddech. Dziwny naród. I ja to odczuwałem, że sądzimy coś cięższego od zbrodni, że sądzimy grzech... Chwała Bogu, dzisiaj będzie sala pusta. Nie ma już sensacji, wszystko pójdzie gładko.