Mechajł Hordubal kłania się wielmożnym panom bardzo nisko.
— Oksenio, Hafio, żwawiej, podajcie wielmożnym panom krzesła!
— Nie trzeba, gospodarzu, nie trzeba. A czemuż to nie kazaliście sobie wstawić nowego okna? Przecież jest chłodno.
— Na co nowe okno, wielmożni panowie? W sądzie jest stare, szkoda pieniędzy na nowe.
— No tak, hm. A tu widzę, że opiekujecie się Hafią. To mądre dziecko. Doglądajcież dobrze sieroty. A tu żona wasza, prawda?
— Prawda, wielmożny panie. Demetra Varivodjuka Iwanów córka, z Magurycy.
— Widzę, że wam się niedługo powiększy rodzina.
— Ano, jak Pan Bóg da, niech imię jego będzie pochwalone.
— A podoba się wam tu w Kryvej?
— Podoba — mówi Mechajł i macha ręką. — Proszę pokornie, gdybym tak mógł wyjechać na robotę do Ameryki, wielmożni panowie.