— Ale może jednak powinien pan był zajrzeć na strych?

Biegl prostuje się i uderza obcasem o obcas.

— Nie chciałem, panie prezesie, poruszyć tej zsypanej kukurydzy. Ale dla pewności zabiłem drzwi prowadzące na strych gwoździami, żeby się tam nikt nie mógł dostać. Dopiero dzisiaj rano te gwoździe wyjąłem. Do drzwi przymocowałem kawałek nitki.

— Doskonale, doskonale — chwali zadowolony przewodniczący. — O wszystkim pan pomyślał, panie... panie...

Biegl wysuwa pierś naprzód.

— Aspirant żandarmerii Biegl.

Jeszcze jedno uprzejme skinienie.

— Między nami mówiąc, nie ma wątpliwości, panowie, że Szczepan Manya kłamał. Ale skoro już tu jesteśmy, może interesowałoby panów zajrzeć także do izby.

Znad stołu dźwiga się wielki, barczysty, ociężały chłop. Jest właśnie pora obiadowa.

— To jest, proszę państwa, Mechajł Hordubal, brat nieboszczyka. Gazduje tu tymczasowo.