— Jeszcze nie wiem.

Dobry człowiek, myśli Juraj z zadowoleniem, dziecko go lubi. Do mnie nie podeszłaby tak, jak do niego. No nic, przyzwyczai się dzieciak, tylko tyle, że ani słowem nie wspomniała o tych obrazkach, co jej przywiozłem z Ameryki. Należałoby dać coś Szczepanowi, uważa Hordubal, i szuka oczami swej drewnianej walizki.

— Masz swoje rzeczy poukładane na ławie — mówi Polana.

Zawsze była taka troskliwa, myśli Juraj, i poważnie podchodzi do tej kupki amerykańskiej.

— Więc tak, to jest dla ciebie, Hafio, te obrazki i ten teddy-bear...

— Co to jest, wujaszku? — pyta Hafia z głębokim westchnieniem.

— To niedźwiedź — tłumaczy jej Manya. — Czy już widziałaś kiedy żywego niedźwiedzia? Tam daleko, w górach, są niedźwiedzie.

— A tyś je widział? — nastaje Hafia.

— Owszem, widziałem. Mruczą tak: mru-mru.

— To jest, Polano, dla ciebie — nieśmiało szepcze Hordubal. — To głupstwa takie, ale cóż robić, nie wiedziałem, co by ci... — Juraj odwraca się i szuka czegoś, co by tak można ofiarować Manyi. — A to, Szczepanie — mówi zakłopotany — byłoby może w sam raz dla ciebie: amerykański nóż i amerykańska fajeczka...