— Bije godzina je-de-na-sta, chwal Boga, duszo chrześcijańska...
To stróż nocny śpiewa. W Ameryce nie wywołują godzin nocni stróże. Dziwna jest ta Ameryka. Lepiej, żeby mnie nie widział. Byłby wstyd. Hordubal zląkł się i cicho jak złodziej skrada się do izby. Zdejmuje kapotę i słyszy cichy oddech... Chwałaż ci, Boże, Polana tylko żartowała i śpi tutaj. A ja, głupi, jak ten pieniek siedziałem tymczasem na dworze! Juraj stąpa cicho, skrada się ku łóżku i szuka omackiem: to są włoski, to ramionka cieniutkie i chude — Hafia. Dziecko mruczy i wtula się w poduszkę. Tak, to Hafia. Juraj delikatnie usiadł na krawędzi łóżka. Przykryję nóżki dziewczynce. E, Boże drogi, jak się tu położyć? Jeszcze bym dziecko zbudził. Chciała widać Polana, żeby się dziecko przyzwyczajało do ojca. Więc tak: tatuś z córeczką w izbie, a ona na strychu.
Coś rozbłysnęło w Juraju i nie daje mu spokoju. Powiedziała: Idę spać na strych. Mogła to przecie powiedzieć rozmyślnie. Ty głupi, możesz przyjść za mną. Wiesz, gdzie jestem. Idę spać na strych. Na strychu nie ma Hafii. Hordubal stoi w ciemnościach jak słup i serce w nim drży. Polana jest harda, nie powie: Masz mnie, bierz! Sam musisz za nią pójść, jak za dziewczyną, po ciemku będziesz macać drogę rękoma, a ona się po cichu zaśmieje: Ach, Juro, ty głupi, osiem lat myślę o tobie!
Cichutko, cichutko, wchodzi Juraj na strych. O, jak tu ciemno! Polano, gdzie jesteś? Słyszę, jak bije twoje serce.
— Polano, Polano — szepcze Hordubal i maca ciemności.
— Idź, idź precz! — stęknęła, zadygotała ciemność. — Ja cię nie chcę! Proszę cię, proszę cię, Juraju, proszę...
— Nic, nic, Polano — mruczy Hordubal, straszliwie zmieszany. — Tylko tak, żeby zobaczyć, czy ci się dobrze śpi...
— Proszę cię, idź precz, idź — dygocze przestraszona ciemność.
— Chciałem ci tylko powiedzieć — jąka się Hordubal. — Wszystko będzie, duszko, jak zechcesz. I łąki możesz dokupić...
— Idź, idź precz! — krzyczy Polana jak oszalała.