— No, no, no, malutki, nie bój się, jesteś zuch. Czemu strzyżesz uszami? A ty, co znowu? Taka mądra jesteś. Czemu grzebiesz nogą? Czego ci?
Szczepan wyprzęga konie, prostuje się i mówi jakoś twardo:
— Nie odzywajcie się, gospodarzu, do koni. Zmiękną!
Hordubal odwraca się ku niemu ostro. Jak ty się odzywasz do gazdy! A może on tylko tak sobie, żeby się konie do mnie nie przyzwyczaiły. No, już ja ci się do twoich koni wtrącać nie będę, ty drabie70. No, no, nie trzeba zaraz tak się boczyć na mnie!
Szczepan pozwala koniom paść się swobodnie, a sam bierze kosę i będzie kosić trawę. Co za głupiec, że nie wziął drugiej kosy! Juraj wzdycha i ponad równiną spogląda ku górom nad Kryvą. Tam są przynajmniej porządne pola. Prawda, dużo kamieni, ale co pole, to pole: kartofle, owies, żyto. Gdzieniegdzie żyto jeszcze stoi, indziej wiążą je już w snopki.
— A któż to, Szczepanie, kupił nasze pole na górze?
— Niejaki Pjosa — mówi Manya.
Ach Pjosa, Andrej Pjosa, Huzar. I dlatego w karczmie trzymał się z dala. Było mu wstyd, że kobietę pozbawił ziemi. Juraj spogląda ku górom i jest mu tak dziwno, jakby jego pole zbiegło z góry i siadło na równinie.
— A Rybary są też w dolinie? — pyta Juraj.
— Tutaj w dolinie — rzecze Szczepan. — W tę stronę. Trzy mile drogi.