— I nie pędź ich tak! — woła Hordubal.

— Uczą się biegać — odpowiada Manya obojętnie. — Niech się uczą. Cóż po koniu ociężałym, gospodarzu?

Czy Szczepan tak samo wozi Polanę? — myśli Hordubal. Cała wieś ogląda się za nią pewno. Że to jedzie żona Hordubala jakby jaka dziedziczka. Ręce założy i jedzie sobie. Może sobie pozwolić, myśli Juraj. Chwała Bogu, inna jest niż tamte wszystkie kobiety, twarda i prosta jak słup. Gospodarstwo rozbudowała jak dwór, siedem tysięcy utargowała za parę koni, więc może głowę zadzierać do góry. To się, bratku, dobrze opłaca.

— A więc tutaj jest ta równina — wskazuje Szczepan biczem. — Aż po te akacje należy ona do gospodyni.

Hordubal złazi z wozu jak połamany. Roztrząsłeś mnie, diable. A więc to jest ta równina. Prawda, trawa tu jest aż po pas, ale sucha i twarda. I nie gadaj, że to jest grunt buraczany, to jest step.

Manya drapie się po karku.

— Dokupić tej łąki aż po skraj, gospodarzu, można by tu paść i trzydzieści koni.

— Nooo — zastrzega się Hordubal. — Tłuste to, bratku, nie jest.

— Jakie tłuste? — uśmiecha się Manya. — Koń, gospodarzu, powinien być suchy. Czy może chcecie, gospodarzu, karmić konia dla rzeźnika?

Hordubal nie odpowiada i podchodzi do koni, aby je pogłaskać po łysinie.